Sylwia Kupiec prowadzi Shine On Agency — agencję social media obsługującą firmy i marki na Facebooku, Instagramie, LinkedInie, Twitterze i Pintereście oraz prowadzącą dla nich kampanie reklamowe. W branży mediów społecznościowych pracuje od siedmiu lat, własną agencję prowadzi od czterech. Na koncie ma ponad dwustu klientów, w tym z Polski, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Dubaju.

Akcja viralowa za zero złotych
Wszystko zaczęło się na studiach, kiedy razem z koleżankami zorganizowała głośną akcję viralową — jak podkreśla, bez ani jednej złotówki budżetu, bo były wtedy studentkami. Po akcji posypały się propozycje współpracy od osób, firm i agencji. Pracowała w kilku agencjach na etacie, aż przyszedł moment na własną.
Początki były trudne z powodu, którego się nie spodziewała. Była specjalistką z dużym doświadczeniem, ale — jak przyznaje — nie miała pojęcia, jak prowadzić firmę: jak wyglądają procesy, logistyka, skąd wziąć siedzibę, jak pozyskać finansowanie.
Microsoft, AGH i rekrutacja studentów do Japonii
Agencja pracuje głównie w modelu abonamentowym — działania w social mediach mają sens wtedy, gdy trwają, a nie kiedy są doraźne. W ciągu roku poprzedzającego rozmowę obsłużyła około stu klientów, licząc zlecenia stałe i jednorazowe akcje. Początkowo były to firmy mniejsze, z czasem średnie, duże i korporacje.
- Microsoft — pozyskiwanie uczestników organizowanego przez firmę wydarzenia.
- Take me to Japan — rekrutacja studentów do szkół w Japonii; kampania kierowana na rynek japoński i australijski.
- Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie — rekrutacja studentów i zapisy na kierunki.
Branże, w których pracuje, są skrajnie różne: od beauty, fitnessu i mody po ubezpieczenia i kredyty. Jej wniosek z tego rozstrzału jest jednoznaczny — nie ma branży, która nie nadawałaby się do działań w mediach społecznościowych.
Jeden z klientów jest z nią od samego początku: sklep internetowy, który zaczynał od budżetu rzędu kilku tysięcy złotych miesięcznie, a po czterech latach doszedł do czterdziestu tysięcy. Odszedł, bo urósł na tyle, że otworzył własny dział social media.
Pierwszy rok w Grupie: czekała
Do jednej z krakowskich Grup BNI dołączyła ponad trzy lata przed rozmową — namówiła ją mama, wcześniej Członkini innej Grupy. Przyznaje, że początki były trudne, bo nie rozumiała mechanizmu. Wydawało jej się, że rekomendacje przyjdą same.
„BNI działa, ale wtedy, kiedy my działamy.”
Zaczęła się spotykać jeden na jeden, poznawać cudze biznesy i najpierw dawać wartościowe rekomendacje. Kiedy dostała pierwsze, cały zespół pilnował, żeby zarekomendowane zlecenia obsłużyć jak najlepiej. Efekt: około jedna czwarta Grupy to jej byli lub obecni klienci.
Pół miliona na fakturach i to, czego nie widać na fakturach
W ciągu trzech lat wartość zleceń zrealizowanych dzięki rekomendacjom partnerów z Grupy sięgnęła blisko pół miliona złotych. Około połowa klientów, z którymi agencja współpracuje, pochodzi z rekomendacji BNI.
Do tego dokłada rzeczy, których nie da się wpisać na fakturę: poszerzone portfolio, kontakty biznesowe, doradztwo w zarządzaniu firmą. Rok pracy w zarządzie Grupy dopracował jej wystąpienia publiczne na tyle, że przełożyło się to na prowadzenie szkoleń we własnej firmie. Część rozwiązań ze struktur BNI po prostu przeniosła do siebie.
Rada, którą powtarza nowym: zacznij od dawania. Jeśli ktoś przychodzi do Grupy i czeka, nic się nie wydarzy. Jak to wygląda w praktyce, rozkładamy na czynniki pierwsze w tekście o tym, jak w pełni wykorzystać członkostwo w BNI.






