Marcin Stróżyński prowadzi Pro-Gastro — firmę dostarczającą wyposażenie dla gastronomii. Klientów, czyli hotele, restauracje i firmy cateringowe, obsługuje kompleksowo: od projektu technologicznego, kiedy kuchni jeszcze fizycznie nie ma, po ostatni element wyposażenia. Sam opisuje ten zakres najkrócej, jak się da.

„Od pieca konwekcyjno-parowego, który jest sercem każdej kuchni, po solniczkę na stole.”
Rozmowa o udarze, starcie firmy tuż przed pandemią i o tym, jak z drobnej rekomendacji urósł kontrakt za 4,5 miliona złotych.
Najgorszy tydzień i decyzja, która z niego wyszła
Zanim otworzył własną działalność, przez półtora roku pracował w dużej sieci hotelowej — około dziewiętnastu obiektów w całym kraju plus kilka restauracji — gdzie odpowiadał między innymi za zakupy wyposażenia gastronomicznego. Wcześniej, na Dworcu Warszawa Centralna, otwierał dla dużego koncernu herbaciarnię Lipton Point w odrestaurowanej hali biletowej: od projektu, przez menu i zatrudnienie ludzi, po procedury, systemy kasowe i technologię produkcji.
Potem przyszło rozstanie z pracodawcą. Ostatniego dnia, kiedy przyjechał rozliczyć się z samochodu i formalności, poczuł się gorzej. Dwa dni później lekarz stwierdził udar.
Kilka miesięcy zajęło mu dojście do zdrowia — mówi, że sprawdziła się wtedy jego żona Monika, a sam czas dał mu dużo do myślenia o tym, co jest w życiu ważne.
Kiedy stanął na nogi, zestawił dwie rzeczy: dobrą koniunkturę na rynku HoReCa i własne, świeże doświadczenie po drugiej stronie stołu. W listopadzie 2019 roku otworzył Pro-Gastro.
Cztery miesiące później rynek się zamknął
Firma miała za sobą pierwsze miesiące, kiedy pandemia zamknęła hotele i restauracje. Cała grupa klientów, pod którą budował biznes, z dnia na dzień przestała inwestować. Inwestycje hotelowe stanęły albo mocno zwolniły.
Zamiast czekać, aż branża wróci, przestawił się na to, czego rynek potrzebował wtedy: produkty ochronne i higieniczne. Zaczynał od drobnych zleceń, które pojawiły się w Grupie BNI — od rekomendacji na niewielkie ilości.
„Doszło do tego, że dzisiaj moja firma, abstrahując od gastronomii, jest dostawcą dla jednej z największych sieci handlowych w Polsce tego typu produktów.”
Rok zamknął się „delikatnie poniżej 5 milionów złotych”, a pojedyncza rekomendacja, która to uruchomiła, urosła do zlecenia za 4,5 miliona. Wcześniej, jeszcze w gastronomii, dostał w Grupie rekomendację na wyposażenie dużego hotelu budowanego w Łodzi — zlecenie rzędu pół miliona złotych.
Jego komentarz do tej sekwencji jest trzeźwy: to były rzeczy, które leżały u jego stóp, tylko bez odpowiedniego otoczenia w ogóle by ich nie zauważył.
Trzy rzeczy, które powtórzyłby na starcie
- Relacje. Nie kontakty w telefonie, tylko ludzie, którzy wiedzą, co dokładnie robisz, i mają powód, żeby o tobie pamiętać.
- Umiejętność policzenia i zaplanowania biznesu. Pasja do branży nie zastąpi arkusza, w którym wszystko się spina.
- Wysoko postawiona poprzeczka od pierwszego dnia — jak mówi, mały może robić duże rzeczy.
Historia Pro-Gastro jest o tym, że rekomendacja rzadko przychodzi w rozmiarze, w jakim się ją zapamiętuje. Przychodzi mała i rośnie, jeśli pierwsze zlecenie zostanie obsłużone tak, że ktoś chce dać następne. O tym, jak przygotować rekomendację, żeby druga strona miała po co odbierać telefon, piszemy w poradniku o przekazywaniu rekomendacji.






